Dlaczego inspekcja dachu dronem stała się standardem branżowym
Dach to element budynku najbardziej narażony na destrukcyjne działanie środowiska. Co roku w Polsce dachy są atakowane przez letnie burze z gradem (kilka razy w sezonie w większości województw), zimowe wichury (zwłaszcza listopad-marzec), opady śniegu obciążające konstrukcję, intensywny słońce powodujące starzenie pokryć bitumicznych, mrozy powodujące spadki wody i powstawanie sopli z kapryśną wodą wnikającą w pokrycie. Każde z tych zjawisk pozostawia po sobie ślady — które klasycznie były niewidoczne aż do pierwszego przecieku do mieszkania.
Klasyczna inspekcja dachu wymagała wejścia na dach. Dla budynków jednorodzinnych — drabina i fizyczny obchód połaci, ryzyko upadku, ryzyko uszkodzenia pokrycia (deptanie po dachówce). Dla budynków wielorodzinnych — alpinizm lub rusztowanie, koszt 5-15 tys. zł, czas 1-3 dni, zatrzymanie ruchu pieszego pod budynkiem. Dla obiektów komercyjnych — specjalistyczna firma alpinistyczna z certyfikatami, koszty rosnące do 10-25 tys. zł. Te koszty sprawiały, że typowy zarządca budynku robił inspekcję dachu rzadko — co kilka lat, lub dopiero po pojawieniu się przecieku do mieszkania.
Drone'y zmieniły tę kalkulację radykalnie. Inspekcja dachu jednorodzinnego — 30 minut nalotu, koszt 600-800 zł netto, raport gotowy w 24 godziny. Inspekcja budynku wielorodzinnego — 60-90 minut, koszt 1500-2500 zł. Te koszty pozwalają na regularne inspekcje — przed każdym sezonem grzewczym, po każdej większej wichurze, przed planowaną sprzedażą obiektu. Dla większości właścicieli budynków drone'y zmieniły inspekcję dachu z luksusu kapitałochłonnego w standardową profilaktykę.
Druga zmiana to jakość dokumentacji. Klasyczny alpinista wykonywał kilkadziesiąt zdjęć aparatem ręcznym i pisał raport na podstawie obserwacji wzrokowych. Drone wykonuje 50-200 zdjęć w pełnej rozdzielczości 48 MP z metadanymi GPS, plus 30-80 zdjęć termowizyjnych z analizami radiometrycznymi. Każda usterka jest dokumentowana zdjęciem detalu z lokalizacją GPS — w razie sporu z wykonawcą napraw lub ubezpieczycielem mamy twarde dowody. Klasyczna dokumentacja alpinisty była często niewystarczająca w sytuacjach spornych.

